czwartek, 30 kwietnia 2015

Usuwanie znamion skórnych przez NFZ czyli droga przez mękę


W poście znamiona - klik napisałam o mojej przygodzie z lekarzem prywatnym, teraz opiszę jak wygląda proces usuwania znamion w polskiej służbie zdrowia widziany z mojej perspektywy.

Przygoda z NFZ czyli drugie podejście do usuwania znamion
Po poprzednim lekarzu pozostają mi dwa odrośnięte w bliznach znamiona, na dodatek zauważyłam jeszcze inne, które ma nieregularny kształt i "zachowuje się" nietypowo, bo swędzi jak diabli. Z mocnym postanowieniem rozprawienia się z paprochami idę z problemem do dermatologa (w 2015 roku należy wcześniej iść do lekarza rodzinnego, który da nam skierowanie do dermatologa). Zwykle kolejka do dermatologa jest długa na kilka-kilkanaście miesięcy, ale jestem zdesperowana, bo moje znamię swędzi coraz bardziej, zatem cierpliwie czekam na swoją kolej. Po tym czasie, udało mi się nie zapomnieć o umówionej wizycie, więc udaję się do dermatologa, który stwierdza, że nic nie może stwierdzić na podstawie oglądu pod lupką, ale odrośnięte znamię w bliźnie (to, które wcześniej zgubiło się pielęgniarce) wygląda źle i odsyła mnie do szpitalnego chirurga onkologicznego. Zabrzmiało to już trochę strasznie.
Otrzymałam skierowanie do Wielkopolskiego Centrum Onkologii w Poznaniu. Próbowałam zarejestrować się elektronicznie (wow! nowoczesność dotarła do NFZ), ale na końcu całej serii formularzy stanęłam przed ścianą wyboru oddziału szpitalnego. Niestety, nie wiem na którym oddziale powinnam być przyjęta, a z informacji na www wynika, że dowiem się tego dopiero po rejestracji osobistej. No więc biorę pół dnia wolnego i jadę do szpitalnej rejestracji. Na miejscu okazało się, że szpital wygląda całkiem nieźle jak na polskie warunki, a kolejki do rejestracji nie ma, więc od ręki dostaję karteczkę z umówionym terminem wizyty u chirurga onkologa za parę tygodni.
Po trzech tygodniach, karnie stawiam się na wyznaczoną godzinę, by na miejscu przekonać się czym są współczesne komitety kolejkowe. Przyznano mi 34 numerek z godziną wizyty ok. 11.30 i o tej porze stanęłam przed drzwiami, na których wisiała karteczka z informacją, że co trzeci pacjent może wejść kombatant spoza numerków, a co piąta osoba może wejść z pakietu onkologicznego min. Arłukowicza. Moja godzina dawno już minęła, w poczekalni siedzi kilkadziesiąt osób, a końca czekania nie widać. Oprócz tych pozakolejkowych pacjentów w międzyczasie mogą się przytrafić jeszcze osoby przywiezione lub przyprowadzone przez sanitariuszy (nawet nie wnikam już skąd). Bywa i tak, że jakiś krewki pacjent nie chce się poddać temu narzuconemu porządkowi i po obrażeniu wszystkich wkoło wchodzi do gabinetu poza ogólnie przyjętym systemem. Na osobę z numerkiem 50 patrzę ze współczuciem,  bo nawet nie wyobrazam sobie ile godzin będzie czekał. No dobrze, odsiedziałam swoje 2 godziny i szczęśliwa wchodzę przez kabinę przebieralni. Ups, pani w gabinecie prosi, by jeszcze zaczekać w kabinie, więc chcąc nie chcąc słyszę prywatne pogaduszki lekarsko-pielęgniarskie w gabinecie za drzwiami. Po kilku minutach w drzwiach ujrzałam, niczym wschodzące słońce, twarz radosnego lekarza. Wchodzę szczęśliwa, że to już. Po krótkim wywiadzie i pokazaniu przyczyn mojej wizyty, lekarz zapytał jaka data zabiegu mi pasuje. Zdębiałam! Byłam nastawiona, że dzisiaj załatwię zabieg, a tu taki ZONK. Dogaduję więc termin za kolejnych kilkanaście dni i z osłupieniem słucham, że "jedno znamię na jednej wizycie"! Czyli licząc lekko, czeka mnie rezerwowanie przynajmniej 4 kolejnych terminów! Usłyszałam nieoficjalnie, że "NFZ płaci od sztuki", więc jeśli na jednej wizycie chcę się pozbyć pięciu znamion, to szpital i tak dostanie zwrot kasy tylko za jedno znamię. 

Pytam retorycznie GDZIE TU LOGIKA?

Osoba pracująca musi brać zwolnienie na każdy taki dzień spędzony w kolejkach i rejestracjach, traci czas i pieniądze na dojazdy, siedzi złorzecząc w poczekalniach i traci resztki zaufania do państwowej służby zdrowia, a jej godność zostaje zmyta mopem z podłogi szpitalnego korytarza. Czy gospodarce państwa to się opłaca? Czy lekarze nie mieliby mniej roboty i w szpitalach nie byłoby mniej takich kolejek, gdyby można było "załatwić" kilka znamion podczas jednej wizyty? Niestety, rzeczywistość znowu uderzyła mnie obuchem w głowę. Straciłam kilka godzin, kilkanaście złotych na dojazd i wracam do domu wnerwiona z kolejną karteczką w dłoni.
cdn